Coraz częściej w mediach jesteśmy świadkami niezwykłych historii ludzkich przemian. Obserwujemy znane gwiazdy, artystów, sportowców czy osoby publiczne, które otwarcie mówią o swoich upadkach i drodze powrotnej. Słyszymy o nawróceniach, wygranych walkach z uzależnieniami, o samorozwoju, o świadomym wyborze nowej drogi. Te historie poruszają, inspirują i pokazują, że zmiana jest możliwa – nawet wtedy, gdy wydaje się niemal nierealna.
A jednak, mimo tak wyraźnych przykładów, wciąż powraca pytanie: czy ludzie naprawdę się zmieniają? Jedni twierdzą, że nie – że człowiek raz ukształtowany pozostaje taki sam przez całe życie, a każda próba zmiany jest jedynie grą pozorów. Inni są przekonani, że człowiek pod wpływem doświadczeń, refleksji i kryzysów może przejść głęboką, autentyczną przemianę.
Według tego podejścia zmiana jest naturalnym elementem ludzkiego rozwoju – konsekwencją dojrzewania emocjonalnego, intelektualnego i moralnego. Jak podkreślał Carl Rogers, jeden z najwybitniejszych amerykańskich psychologów humanistycznych, „jedyną osobą, którą naprawdę możemy zmienić, jesteśmy my sami – a zmiana zaczyna się w momencie, gdy zostajemy w pełni zaakceptowani”. To właśnie akceptacja, a nie potępienie, stwarza przestrzeń do rozwoju.
Paradoks polega na tym, że bardzo często oceniamy ludzi przez pryzmat ich przeszłości. Przypisujemy im etykiety na podstawie dawnych decyzji, zachowań czy ról, jakie pełnili w naszym życiu. Przeszłość staje się dla nas wygodnym punktem odniesienia, bo daje poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności. Jeśli ktoś kiedyś zawiódł, łatwiej jest nam uznać, że „taki już jest”, niż dopuścić myśl, że mógł się zmienić. W ten sposób zamykamy drugiego człowieka w obrazie, który przestaje być aktualny.
Tymczasem ludzie rzeczywiście się zmieniają. Zmieniają się ich priorytety, wrażliwość, sposób patrzenia na innych i na samych siebie. To, co kiedyś było przejawem niedojrzałości, może ustąpić miejsca odpowiedzialności; impulsywność może zostać zastąpiona rozwagą, a brak empatii – głębszym zrozumieniem drugiego człowieka. Zmiana nie zawsze jest gwałtowna i spektakularna. Często dokonuje się powoli, w ciszy codziennych wyborów, w konsekwentnej pracy nad sobą.
Oczywiście nie każda deklarowana przemiana jest autentyczna i nie każdy człowiek rzeczywiście chce lub potrafi się zmienić. Jednak odmawianie ludziom możliwości rozwoju oznacza zaprzeczanie samej istocie ludzkiego doświadczenia. Człowiek nie jest bytem statycznym, lecz procesem – drogą, na której przeszłość stanowi punkt wyjścia, a nie wyrok.
Ja też nie zawsze byłam osobą wolną od błędów. Był czas kilka lat temu, w którym dawałam się wciągać w plotki, w niezdrowe relacje i gry. Nie byłam aniołem i potrafię się do tego uczciwie przyznać. Jednocześnie właśnie to doświadczenie nauczyło mnie najwięcej. W pewnym momencie świadomie odcięłam się od tego towarzystwa i od mechanizmów, które budowały relacje na plotkowaniu, ocenianiu i podsycaniu konfliktów. Zrozumiałam, że takie środowisko nie rozwija, lecz niszczy – relacje i wewnętrzny spokój.
W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera problem hejtu. Hejt bardzo często rodzi się z uproszczonych ocen, z przyklejania ludziom trwałych etykiet i z niezgody na to, że ktoś mógł wyjść poza swoją przeszłość. Agresywne słowa, publiczne poniżanie i ośmieszanie nie tylko ranią, ale także odbierają człowiekowi prawo do zmiany. Zamyka się go w obrazie, który bywa już dawno nieprawdziwy.
Na zakończenie warto przywołać słowa Abrahama Maslowa, amerykańskiego psychologa i twórcy koncepcji samorealizacji: „To, kim możemy się stać, jest ważniejsze niż to, kim byliśmy”. Sprzeciw wobec hejtu jest więc czymś więcej niż reakcją na przemoc słowną – jest obroną ludzkiej godności i wiary w rozwój. Zamiast hejtować, warto motywować. Zamiast osądzać przez pryzmat przeszłości, warto dostrzec potencjał teraźniejszości i przyszłości. Bo tylko w takim świecie zmiana naprawdę staje się możliwa.
Ilona Adamska – filozof, etyk, pomysłodawczyni kampanii Nie hejtuję-motywuję

